Unclaimed. Review. Save. Share. 20 reviews #5 of 18 Restaurants in Skawina $$ - $$$ Vegetarian Friendly. Krakowska 23B/1, Skawina 32-050 Poland +48 797 005 565 Website. Open now : 12:00 PM - 10:00 PM. Improve this listing. ¡Felicidades @ksaucii en IG! Tu foto ha sido seleccionada como nuestra FOTO DE LA SEMANA. Antes que nada debes saber que nos llena de alegría contar con Jesienna martwa natura. Na pierwszym planie gładki i lśniący bakłażan . Idealnie smukły kształt. Dekadencki fiolet. Zwany też oberżyną Gdy już utniesz sobie pogawędkę z Panem Gąsienicą, tuż obok natkniesz się na Magiczne Kamienie. To hipnotyzująca instalacja multimedialna, która . Niedawno minęła niezauważenie dziesiąta rocznica Banangate, czyli 10 lat od odejścia Banana z Kultu. Niestety, nadal aktualna jest moja osobista diagnoza głosząca, że od tego czasu nie pojawił się w zespole nikt, kto byłby w stanie przejąć pałeczkę i choćby w minimalnym stopniu ogarnąć stronę muzyczną Kultu i świadomie pokierować zespół w jakąkolwiek stronę. To jakby z orkiestry symfonicznej odszedł dyrygent, a muzycy postanowili, że nie będą szukać nowego, bo po co - najlepszy skrzypek też da radę. A potem stery przejmie ten gość, co wali w trójkąt. A potem może wszyscy wespół w zespół coś wymyślą. No i wymyślają... Zawsze marzył mi się Kult starzejący się w stylu Pink Floyd czy choćby The Pixies. Bo od muzyków z takim doświadczeniem i umiejętnościami można wymagać, żeby grali może i rzadziej, może i nudniej, ale bardziej finezyjnie. Bo "proste granie", "miejski rock" czy "powroty do korzeni" są może i fajne, ale na jednej płycie. Albo jeśli zespół jest po prostu muzycznie słaby i nie ma innej opcji, jak łoić cztery akordy przez całą płytę. A Kult akurat ma, więc zaskakuje ta prostota, która wydaje się być dla zespołu sposobem na dociągnięcie do emerytury. Tymczasem "opcja Pink Floyd" przejawia się jedynie w cenach biletów na koncerty i zespołowych gadżetów. Żeby nie było: nie uważam, że koncerty powinny być za darmo, a muzycy - dla większej wiarygodności - powinni mieszkać w slumsach. Nie. Daj Wam Panie Boże dużo kasy, serio. Od lat uczciwie zarabiacie nikomu nie odbierając. Moim zdaniem Kult skończył się artystycznie na Poligono Industrial. Kiedyś napisałem na forum, że to płyta najlepsza od czasów OKSK. Ale mnie wszyscy wyśmiali A posłuchajcie sobie jej teraz. Jak to jest zagrane, nagrane i zgrane. Ile tam zaskakujących brzmień, sampli, zapętleń, muzycznych cytatów, zmian tempa, tonacji czy metrum... Za każdym rogiem COŚ SIĘ DZIEJE. I co muzycy tam wyprawiają ze swoimi instrumentami! Choćby taki Jerzyk - posłuchajcie basu w Braciach albo Tłuszczy, to wirtuozeria. Ale może musieli, bo Banan trzymał ich na muszce AK-47? "Wstyd" był trzecią płytą Kultu z rzędu, o której chciałbym zapomnieć. Pod względem muzycznym niczym nie zaskakuje. Żadnej finezji, żadnej fantazji, żadnego przebłysku geniuszu. Napisane, zagrane, odfajkowane. Jak się utwór zaczyna, tak się kończy. Tekstowo przyzwoicie, średnia Kazikowa, ale z takim OKSK przegrywa o dwie długości - i muzyką, i przesłaniem. Jak rzekł był pan Peresada w "Siekierezadzie" na widok flaszki na trzech: "Malizną zalatuje...". To wylałem z siebie ja, Marcowy, który jestem z Kultem od Jarocina 1986. Choć, szczerze mówiąc, Kult z tamtego koncertu słabo pamiętam, bo przyjechałem posłuchać szczerego łomotu TSA, a nie jakiegoś jęczenia o Babilonie Fascynacja Kultem przyszła wkrótce potem i tak się męczę z Panem Staszewskim et consortes od ponad 30 lat - pewnie trochę z nawyku, a trochę z wdzięczności za ustawienie mi światopoglądu. A najbardziej pewnie z lenistwa, bo tłustym kotom nie chce się szukać nowego obiektu uwielbienia. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, a może dałem do myślenia. Dziękuję za uwagę. Peace & love. Spieszmy się kochać banany, tak szybko mogą ich zakazać. Lubimy banany, nawet bardzo, szczególnie te mniej dojrzałe, twardsze. Lubimy też bananowe piosenki. Posłuchajcie, nim zostaną zakazane. 12. The Velvet Underground & Nico – „Venus in Furs” Zaczynamy od oczywistości. W końcu Andy Warhol zrobił dokładnie to, co Natalia LL zgorszył swoim bananem, którym ozdobił okładkę albumu „The Velvet Underground & Nico”. Do płyty, a w zasadzie do wczesnych kopii, dołączona była instrukcja, by „powoli obrać i zerknąć”. Następnie, „obnażony” ze specjalnie przygotowanej naklejki banan okazywał się mieć kolor… ludzkiego ciała. Trzeba przyznać, można to było zrozumieć dwuznacznie. Późniejsze edycje niestety nie miały już naklejki pozwalającej bawić się bananem, dlatego te pierwotne dziś stanowią prawdziwy rarytas. 11. Anitta i Becky G – „Banana” Mamy pewną teorię, skąd „nieczyste”, genderowe skojarzenia dyrektora Muzeum Narodowego. Zapewne naoglądał się klipu „Banana” Anitty i Becky G. Cóż, my widzimy, że dziewczyny lubią kupować owoce i na nich leżeć. Niemniej, co inni myślą, to już nie nasza sprawa. Anitta feat. Becky G - Banana [Official Music Video] 10. Die Antwoord – „Banana Brain” Nie podejmujemy się interpretacji „Banana Brain”. Generalnie, nie podejmujemy się interpretacji niczego, co tworzą Die Antwoord, choć całkiem ich lubimy (o czym dowiecie się z tekstu 9 najlepszych piosenek Die Antwoord). Na szczęście, muzycy spieszą z wyjaśnieniami. – „Banana Brain” opowiada o porzuceniu nudnego życia i przeniesieniu się do ekscytującej, ciemnej strefy „zef”, gdzie zwykli ludzie boją się chodzić. Pamiętajcie, nie wszystko jest tym, czym się wydaje – opowiadali artyści o klipie. DIE ANTWOORD - BANANA BRAIN (Official Video) 9. Junior Boys – „Banana Ripple” W sumie nie wiemy też, o czym dokładnie jest utwór Junior Boys. Ma jednak radosny rytm, zachęca do zabawy, na pewno słuchanie „Banana Ripple” prowadzi do tańca. A może by na przykład wzorem historii z „Footloose” zakazać tańca? Tak bez żadnego trybu. Junior Boys - Banana Ripple (Official Video) 8. Chris Rea – „God’s Great Banana Skin” Chris Rea śmiał w jednym zdaniu ująć boga i banana. Chciał facet jednak dobrze. – Pomysł zawdzięczam jedej z moich córek – tłumaczył. – Chciała wyśmiać kogoś, kto jej dokuczał, a komu przytrafiło się coś niefortunnego, coś w stylu poślizgnięcia się na skórce od banana. Powiedziałem, by się nie śmiała, kiedy ludziom powinie się noga, nawet gdy są dla niej niemili, bo to kuszenie boga, bym on podłożył jej skórkę od banana. Chris Rea - God's Great banana Skin 7. Krzysztof Antkowiak – „Zakazany owoc” Jak mówi Biblia, „zakazany owoc”, to jabłko, ale w utworze, który śpiewa Krzysztof Antkowiak, nie pada żaden konkret. Kto wie, może Jacek Cygan, autor tekstu, pisząc o tabu miał na myśli właśnie banana? Krzysztof Antkowiak - zakazany owoc - Opole 88 6. Bananarama – „Venus” Dziewczyny z Bananaramy śpiewają o pożądaniu, więc mają duże szanse trafić na jakąś czarną listę. Nazwa na pewno im nie pomoże, jest bowiem pochodną tytułu programu dziecięcego „The Banana Splits” i przeboju „Pajama Rama” Roxy Music. Bananarama - Venus (Official Video) 5. Dolores Haze – „Banana” W tym przypadku raczej nie mamy wątpliwości. Dolores Haze śpiewając o bananie na pewno mają coś złego na myśli. Mają, bo to zespół, w którego skład wchodzą trzy dziewczyny. Zacznijmy od nazwy, którą panny zaczerpnęły od imienia bohaterki wielce bulwersującej powieści, „Lolita” Vladimira Nabokova. W klipie natomiast banan imituje broń. A że Szwedki z uporem powtarzają „I don’t wanna see your banana”. Cóż, kto, by się tam doszukiwał znaczenia sztuki. Powinno się zakazać. Dolores Haze - Banana (Official Video) 4. „Ballada o Tolku Bananie” „Ballada o Tolku Bananie” niestety nie znalazła się na ostatniej płycie Comy z utworami z seriali, filmów i programów dla dzieci, ale po numer z 7-odcinkowej produkcji z 1973 roku sięgali muzycy Wilków czy Strachy na Lachy. Utwór o tytułowym Tolku Bananie, przywódcy młodocianego gangu, napisał Jerzy Matuszkiewicz do słów Adama Bahdaja. Ballada o Tolku Bananie z serialu Stawiam na Tolka Banana 3. Madonna – „I’m Going Bananas” Madonna, jedna z najbardziej kontrowersyjnych gwiazd popu, oczywiście musiała mieć w swoim repertuarze piosenkę o najbardziej kontrowersyjnym z owoców – bananie. Utrzymany w rytmie salsy kawałek „I’m Going Bananas” zrealizowano w stylu piosenek brazylijskiej seksbomby, Carmen Mirandy. Numer pochodzi z albumu „I’m Breathless”, czyli soundtracku do filmu „Dick Tracy”. O innych przebojach Madonny przeczytacie w tekście Madonna: 20 najlepszych piosenek, a o najnowszym singlu w specjalnym Najgorsza piosenka: Madonna – „Medellín” (featuring Maluma). Madonna - 04. I'm Going Bananas 2. The Boomtown Rats – „Banana Republic” Nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Wiemy to my, wiedzą muzycy Die Antwoord, no i również Bob Geldof. Banananowa Republika może okazać się na przykład Zieloną Wyspą. Tak było właśnie w przypadku piosenki „Banana Republic”, w której muzycy The Boomtown Rats śpiewają o swej ojczyźnie, Irlandii. Numer powstał, gdy zakazano im występów w kraju, po tym, jak Bob Geldof (przypomnijmy, jeden z pomysłodawców Live Aid) krytykował irlandzkich nacjonalistów, kler i skorumpowanych polityków. The Boomtown Rats - Banana Republic 1. Vox – „Bananowy song” Siedziba KC PZPR, jesienna noc 1978 roku i Ryszard Rynkowski. Właśnie w tak szemranych okolicznościach przyrody powstał największy, a w zasadzie jedyny przebój zespołu Vox, „Bananowy song”. Dziś już wiemy, że tak naprawdę to rasowy protest song. Tymczasem pomysł na piosenkę przyszedł Ryszardowi Rynkowskiemu, kiedy czekał na nocny autobus. – ‚Bananowy song’ powstał na przystanku przy budynku Komitetu Centralnego PZPR – opowiadał Agorze. – Było wpół do drugiej, stałem sam pod wiatą, tuptałem sobie, bo było już chłodno i gwizdałem – wspominał Rynkowski. – To był jakiś taki motyw, który im dłużej gwizdałem, tym wydawał mi się fajniejszy. (..) W zamyśle miał to być dynamiczny dyskotekowy kawałek w stylu Eruption czy Boney M. Za „wywrotowy” tekst, którego fragment poniżej, odpowiadał Marek Skolarski. Bananowy jest po prostu żywot mójkrąży wokół mnie piękności śniadych rój rzęsami w rytm muzyki mnie wachlują i zataczają w transie krąg Pamiętacie słynną bułkę z bananem Adama Małysza? W czasach Małyszomanii urosła do legendy. Nieco wystraszony zgiełkiem wokół siebie, szczery do bólu i jakby nieco wycofany mistrz skoków narciarskich, w każdym niemal zdaniu, popierając „moc” wypowiedzi mimiką, zdawał się przepraszać wszystkich i każdego z osobna, za zamieszanie, które mimowolnie wywołał swą doskonałą formą i zwycięstwami. Z czasem nabierał medialnego doświadczenia bądź jak kto woli, ogłady i jest teraz celebrytą co się zowie. Do tego potrafi czerpać z mądrości starych, chińskich przysłów, z których jedno uczy, że jeśli nie możesz wroga pokonać, musisz się z nim… zaprzyjaźnić. Dzięki temu od kilku lat zaprzestał potępiania w czambuł, przy każdej okazji, poczynań, a ściślej ich braku, byłego trenera, obecnie prezesa związku skoków męskich, choć z nazwy powinien zajmować się szeroko pojętym narciarstwem, generalnie w stanie szczątkowym i zamierającym, radośnie i z wdzięcznością przyjmując ciepłą posadkę dyrektora do spraw żadnych w onym związku i wychwalając dla odmiany wszelkie poczynania tegoż. Co to ma do żużla i Zmarzlika? Ano sporo. Na gali Przeglądu Sportowego nasz faworyt prezentował się trochę jak Dyzma, który znalazł się tu przypadkiem i pomylił wyraźnie adres. Skromny, wyciszony bez parcia na szkło i umiejętności odnalezienia się w nowym, trudnym środowisku. W wypowiedzi tuż po odebraniu statuetki, pomijając błędy językowe, w końcu nie odbierał nagrody za erudycję, tradycyjnie używał formuły „per pan” wyniesionej z domu, zwracając się tym razem do innego laureata, Roberta Lewandowskiego. Czy w ten sposób zjednał sobie pędzące za sensacją media, czy naraził na hejt, szyderstwo i sarkazm? Raczej to drugie. Żadnych skandali, afer, wybryków. Kogo interesuje mistrz chadzający co niedzielę do kościoła i głośno o tym mówiący publicznie, do tego wdzięczny za pomoc rodzinie, co po wielekroć podkreśla, zatem poukładany, skromny i odnoszący się do ludzi z szacunkiem? Nuda, że aż boli. Media chcą tematu i człowieka, który się „sprzeda”, a jak sprzedać prostego, dobrze wychowanego chłopaka, żeby było skandalicznie. I nawet owej bułki z bananem im nie dał. Fakt, że zwycięzca ostatniego Turnieju Czterech Skoczni, Dawid Kubacki, naraził się, szczególnie zachodnim, nowoczesnym i światowym żurnalistom, czyniąc na belce, przed każdą próbą, obrazoburczy ich zdaniem, znak krzyża. Ci podjęli nieudaną próbę zdyskredytowania naszego mistrza świata, w imię postępowej ludzkości i uniwersalnych wartości. Powtórki przy okazji Zmarzlika raczej nie będzie. Byłby to odgrzewany kotlet. Co więc i jak może ugrać Bartek oraz żużel przy okazji, na sukcesie kibiców w ostatniej edycji Plebiscytu? A propos. Nie pozwólmy „pijarowi” Ekstraligi zawłaszczyć naszego sukcesu i zwycięstwa Zmarzlika. Nazwa pijarzy pochodzi od łacińskiego słowa „pius”, co oznacza „pobożny”, pojawiającego się w łacińskiej nazwie „Scholae Piae”, co znaczy „Szkoły Pobożne”. Hasłem zakonu jest „Pietas et Litterae”, czyli „Pobożność i Nauka”. Nijak to się nie ma do postępowania pana urzędnika spółki. Być może w sposób niezamierzony. Być może w skutek nadgorliwości żurnalistów. Jednakowoż wydźwięk rozmów „na łamach” był jednoznaczny. Rozumiem, że czasy dla bezczelnych, że sam o sobie nie powiesz, to nikt nie powie, że nie ważne jak mówią, byle dużo, głośno i często. Mimo to jednak, nic nie zmieni faktu, że wygrana żużlowego championa jest w największej mierze triumfem kibiców, którzy jak jeden mąż, ponad podziałami i animozjami, zagłosowali gremialnie na swego reprezentanta i to bez względu na to, czy na co dzień go kochają czy nienawidzą. Akcja Ekstraligi, zapewne wymyślona przez powołanego do takich zadań człowieka, tylko pomogła. Ale pomogła, a nie przeważyła, czy zadecydowała. Bez nas, kibiców czarnego sportu, żadne pospolite ruszenie nie miałoby szans powodzenia. Gdyby nie kluby i fani speedwaya, nie byłoby wygranej. Zatem kubeł zimnej wody i czekamy na podsumowanie kolejnej akcji, tym razem obliczonej na to, by zainteresowanie laureatem nie ostygło przedwcześnie i bez echa. Do ugrania wiele dla zapomnianego przez wielki świat żużla. Otwarte kanały telewizyjne transmitujące SGP i mecze ligowe, wielkie, globalne koncerny, finansujące dyscyplinę, czyli związek, Ekstraligę, kluby i system szkolenia, którego nie ma, a który pilnie należy stworzyć, choćby wzorem znanych ze skoków zawodów cyklu „Lotos Cup”. To na dobry początek. Jest więc pole, by się rzeczywiście, realnie, spektakularnie i skutecznie wykazać. Jeżeli porównamy nakłady z budżetu państwa na rzeczone skoki chociażby, nie wspominając o lekkoatletyce, czy futbolu (słynne Orliki), żużel nie ma się czym pochwalić. Dyscyplina, którą na każdym stadionie ogląda więcej ludzi niż popisy kopaczy nadmuchanej skóry, o których poziomie, przez grzeczność, nie wspomnę, bo oczywiście umiałbym przejechać się po futbolistach jak Kowal po Zmarzliku, ale kultura nie pozwala. Powiem więc tylko, że ów poziom najzacniej widać podczas występów naszych gwiazd w rundach wstępnych, fazy przedwstępnej, preeliminacji europejskich pucharów. Tam odpadają po „emocjonującej” walce ze światowymi potentatami pokroju Szachtara Karagandy, Toboła Kostanaj, czy Jeanuesse Esch bez względu na to jakkolwiek się te nazwy prawidłowo pisze. Żużel stoi kilka pięter wyżej, a jego zasięg terytorialny jest bardzo porównywalny do wspominanych tu skoków. Nie jest zatem niszowy i powinien jak najprędzej, jak najgłośniej i jak najskuteczniej zacząć upominać się o swoje. Swoje wypracowane wynikami i frekwencją na stadionach. Co prawda FIM nie pomaga, rezygnując z kolejnych form rozgrywek rangi mistrzostw świata i pozostawiając w kalendarzu w zasadzie tylko SGP, to zaś sprawia z kolei, że kadra w speedway`u staje się pojęciem czysto teoretycznym, co najwyżej dającym narzędzie granatowomarynarkowym, by kogoś odstawić, ale to już odrębny temat. Czy dodałem, że transmisje spotkań żużlowych, emitowane w kodowanych kanałach, mają wyższą oglądalność od popisów piłkarzy? Jeśli nie, to właśnie wspominam, z nadzieją, że owa wiedza utrwali się szczególnie w pamięci specjalisty od wyścigów wielbłądów. Nie chcę się tu silić na rozpuszczanie wodzy fantazji i wymyślanie, co żużel mógłby globalnie w związku z sukcesem Bartka. Lokalnie już to widać. Potentat motoryzacyjny parafował umowę sponsorską z macierzystym klubem zwycięzcy. Brawo. Szymon Woźniak, kolega z zespołu, nie obawia się spadku zainteresowania pozostałymi zawodnikami drużyny, wręcz przeciwnie, w ostatnich Pogaduchach, wskazywał, że inni gorzowianie liczą, iż dla nich również koniuktura się poprawi, bowiem ci którzy dotąd o żużlu nie słyszeli, mogą i powinni się nim teraz zainteresować, a że kolejka do mistrza spora, to jest szansa na ugranie, a przynajmniej ułatwienie ugrania czegoś dla siebie „przy okazji”. Sam Bartek wprowadza na rynek modowy własną markę i to też będzie pewien test. Jeśli wzbudzi zainteresowanie możnych tego świata – chwała Najwyższemu, bo wówczas świat stanie otworem, ten od dyktatorów zdawania szyku, jeśli nie, lokalnie także coś osiągnie, choć będzie to delikatna porażka. Pytanie tylko jak długo to potrwa i czy odzew będzie adekwatny do osiągnięć, tak zawodnika jak dyscypliny. Jest okazja by wyjść z opłotków sportu i marginesu mediów. By „warszawka” zauważyła speedway i nie tylko przez pryzmat, jak to osobliwie ujął rzeczony Kowal „ciekawostki, jak zdjęcie gołej baby na ostatniej stronie gazety”, ale by pokazać światu naszą ukochaną, wymagającą i emocjonującą dyscyplinę. Pokazać na stałe, nie jako migawkę z owych wyścigów wielbłądów. Nie jesteśmy niszowi. Jesteśmy niedocenieni, ale nie niszowi. Jesteśmy zahukani i brak nam doświadczeń, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. Na początek wystarczą transmisje ze SGP w otwartych kanałach, by przyciągnąć rzesze nowych fanów, znudzonych „sukcesami” i poziomem piłkarzy. A Bartek? Jemu będzie trudno. Teraz wszędzie go pełno, strach otworzyć lodówkę. Przyjdzie sezon, nie daj Panie noga się powinie i już podniesie się krzyk, że oto za dużo było reklam i pokazywania facjaty gdzie popadnie. Że zamiast brylować w mediach, powinien zapie… lać na treningach. I takie tam. Jeśli Zmarzlik obroni tytuł, to większość orzeknie, że tak powinno być i to w zasadzie nic wielkiego. Jeżeli będzie drugi lub niżej, już malkontenci rozmnożą się jak grzyby po deszczu, ferując wyroki i filozoficzne przemyślenia. Wszak na sporcie to każdy się zna – nieprawdaż? Na szczęście sam zainteresowany wie, co robi, a jeśli nie powtórzy tytułu, to będzie oznaczało jedynie, że byli lepsi i zwyciężyli w sportowej rywalizacji. Nikt nie ma przecież monopolu na triumfy. PRZEMYSŁAW SIERAKOWSKI

tu i tam z panem bananem