Odp: Finanse w małżeństwie. Każde małżeństwo to jakiś układ, który się kształtuje. Do układu dochodzą różne zmienne, a to dzieci, a to inwestycje, a to zmiany w potrzebach i aspiracjach. Ktoś bierze się za robienie zakupów tych codziennych, ktoś zaczyna nie rozumieć, dlaczego to musi tak dużo kosztować. Emilia Komarnicka Klynstra chroni swoją prywatność i rzadko bryluje "na salonach". W najnowszym wywiadzie opowiedziała o swoim małżeństwie i wyzwaniach, z jakimi mierzy się na co dzień. Ten fragment całkiem trafnie opisuje pierwszy kryzys w moim małżeństwie, widziany oczyma mojej żony. Oboje wpadliśmy w pewien marazm, nikomu się nic nie chciało a może chciało tylko każdy czekał aż druga strona coś ze sobą zrobi, samemu okopując się na wygodnej pozycji bo nikomu nie chciało się wyjść ze swojej strefy komfortu. Karolina Ferenstein-Kraśko i Piotr Kraśko (AKPA) Dwa lata temu Piotr Kraśko trafił do redakcji "Faktów" TVN. Wcześniej pełnił rolę współprowadzącego w porannym paśmie śniadaniowym, a ponadto spełniał się jako gospodarz "Faktów o świecie". Czytaj także: Wszystko się nagrało. . Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź 1 2010-05-15 22:54:48 agatka567 Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-05-15 Posty: 2 Temat: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIENa początku chciałabym powiedzieć wszystkim cześć Właściwie to nie wiem od czego zacząć... Moje małżeństwo trwa przeszło 6 lat, razem jesteśmy 9 lat. Na początku było super. Wręcz wymarzony człowiek na męża , ojca, kochanka. PO 2 latach znajomości zaręczyliśmy się, i po 3 m-cach zaszłam w ciążę, wzięliśmy ślub. Po urodzeniu córeczki, mąż bardzo mi pomagał, do roku to on zajmował się córką w nocy, mimo że to ja nie pracowałam, a on. Spacery, śniadania i oddanie siebie, była po prostu najszczęśliwszą matką , żoną na świecie. Córka nam rosła, mąż już chyba wtedy pomału , zaczął wychodzić beze mnie , np. z kolegami do baru. Na początku nawet nie śmiałam mu robić awantur, przecież tyle mi pomagał , jemu też należy jakaś forma relaksu. I zaczęło coraz częściej, później już nie miałam zbytniego wpływu, po prostu wychodził. Wróciła, do pracy, jakoś to się uspokoiło, mąż zaczął być zazdrosny, głupio to zabrzmi ,ale o pracę. Ze dużo czasu się jej poświęcam, etc. Zaczęłam szperać mężowi w telefonie, znalazłam kilka sms-ów , które zrobiły z naszego życia piekło. Wytłumaczył się, zaufałam. Po wielu latach odnowiłam znajomość z chłopakiem, z którym byłam przed mężem, szczerze to czułam się dobrze pisząc z nim, kiedy mąz wychodził ja siadałam i pisałam, później zaczęliśmy do siebie telefonować. Po kłótni z mężem , telefon do niego była dla mnie ukojeniem. Nie myślcie że telefony były codziennie i pisanie, sporadycznie , on też założył rodzinę , więc mieliśmy ograniczenia. Moje małżeństwo miało raz wzloty raz upadki, miałam dosyć wychodzenia, dziwnych telefonów, smsów, dlatego też coraz mniej zaczęło mnie ruszać , że on znowu wychodzi. Teraz pokłóciliśmy się z mężem, wyprowadził się, na początku ogarnął mnie smutek, później, ulga. Wyprowadzał się już parę razy, zawsze ja prosiłam ,aby wrócił. Teraz mam wrażenie , że źle zrobiłam, po prostu wzięłam na siebie całą winę, nieważne kto wtedy tak naprawdę był winien. Straciłam tez zaufanie do niego, a on też nie zrobił nieczego , żeby to zmienić. Wiele razy w kłótniach wypominał mi ze próbował, miał plany na wspólny weekend, ale ja swoim zachowaniem je zmieniłam, zmęczyło mnie takie podejście gówniarza. Teraz jestem sama, mamy kontakt, był dzisiaj , ale nie wiem czego już sama chcę. Gdzieś tam jest we mnie strach przed samotnością, czy dam radę, a z drugiej strony przyzwyczajenie, wstyd, żal i ból że odszedł , będzie lub ma inna, będzie się z nią spotykał. Wiem, ze zawsze wina leży po połowie, ale podobno jeśli się kocha, to ... Lżej mi , że mogłam się z kimś tym podzielić, chciałabym poznać Wasze zdanie, poradę . pozdrawiam 2 Odpowiedź przez kicia13042 2010-05-15 23:08:31 kicia13042 Powoli się zadomawiam Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-05-15 Posty: 52 Wiek: 25 Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIEzaufania juz niestety nie odbudujesz nigdy, tym bardziej ze wiesz jesli wrocicie do siebie on nadal bedzie utrzymywal kontakt z inna, ale to prawda to nie jest jej wina tylko wasza, kiedy on pokazal ci zazdrosc i ze cos jest nie tak ty pocieszalas sie kolega sprzed lat tzn on byl twoim wybawienien ok, ale jesli szukasz winnych to zacznij od siebie i jego, jesli chcesz z nim byc tylko bo boisz sie byc sama to odpusc sobie bo nigdy nie bedziecie juz szczesliwi... 3 Odpowiedź przez Lilusia50 2010-05-15 23:09:27 Lilusia50 Netbabeczka Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-05-10 Posty: 430 Wiek: metryka zaginęła Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIE Agatko, wygląda na to, że sama pobałaganiłaś w swoim życiu. Najbardziej mnie przeraża, że piszesz, że nie wiesz, co masz zrobić. Ale chyba jesteś konsekwentna w swoim postępowaniu ? Jeśli znalazłaś sobie przyjaciela, który pocieszał Cię w tajemnych rozmowach, to czemu szukałaś tego pocieszenia poza domem ? Dla mnie to oczywiste. To, co za nami, i to, co przed nami, ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas. 4 Odpowiedź przez agatka567 2010-05-15 23:18:31 agatka567 Niewinne początki Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-05-15 Posty: 2 Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIE Lilusia50 napisał/a:Agatko, wygląda na to, że sama pobałaganiłaś w swoim życiu. Najbardziej mnie przeraża, że piszesz, że nie wiesz, co masz zrobić. Ale chyba jesteś konsekwentna w swoim postępowaniu ? Jeśli znalazłaś sobie przyjaciela, który pocieszał Cię w tajemnych rozmowach, to czemu szukałaś tego pocieszenia poza domem ? Dla mnie to nie dokładnie przeczytałaś, a poza tym ciekawa jestem czy masz takie super poukładanie życie? Mam wrażenie , że miało mnie to pogrążyć a nie pomóc. Dziękuje za wypowiedź 5 Odpowiedź przez Lilusia50 2010-05-15 23:50:22 Lilusia50 Netbabeczka Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-05-10 Posty: 430 Wiek: metryka zaginęła Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIE Agatko, nie miałam najmniejszego zamiaru Cię pogrążyć, tak zrozumiałam, to, co napisałaś. To, co za nami, i to, co przed nami, ma niewielkie znaczenie w porównaniu z tym, co jest w nas. 6 Odpowiedź przez Yvette 2010-05-16 09:05:04 Yvette 100% Netkobieta Nieaktywny Zawód: Psychologia, edukacja Zarejestrowany: 2009-03-13 Posty: 2,915 Wiek: 29 Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIE Agatko, nie denerwuj się, dziewczyny chcą Ci tylko pomóc, a nie obrazić. Nie widzę złośliwości w ich komentarzach. Pozdrawiam, moderatorka Yvette ... Mam serce w ogniu i niewiele mam w tym życiu czasu, by żałować czegoś...REGULAMIN Forum - przeczytaj 7 Odpowiedź przez Kobietka48 2010-05-16 09:28:53 Kobietka48 Netbabeczka Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-03-20 Posty: 483 Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIEPrzyznam sie szczerze,że ja nie za bardzo rozumie o jaka rade prosisz? Mąż filirtował,Ty też. Mąż odszedł i Ci ulzyło,ale za chwile piszesz,ze masz obawy...Jezeli zależy ci na małrzeństwie,to umów sie z mężem i pogadajcie,a jezeli juz nie chcesz z nim być,to zamknij rozdział. 8 Odpowiedź przez kicia13042 2010-05-16 10:31:30 kicia13042 Powoli się zadomawiam Nieaktywny Zarejestrowany: 2010-05-15 Posty: 52 Wiek: 25 Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIEżadna z nas nie pogrąża cie, każda z nas ma problem jedna mniej bolesny druga bardziej, Agatko zastanów sie nad swoim życiem czy warto poświecac sie na reszte życia przynajmniej ja to tak rozumiem bo zaufania juz do siebie nie macie wiec co was trzyma?zastanówcie sie oboje czy dacie rady to zwyciezyc, jesli tak spróbujcie od początku. ja życzę ci jak najlepiej 9 Odpowiedź przez La Que Sabe 2010-05-16 11:21:35 La Que Sabe Netbabeczka Nieaktywny Zawód: Czarownica ;) Zarejestrowany: 2010-03-14 Posty: 410 Wiek: 30 pluszzz Odp: KRYZYS W MAŁŻEŃSTWIE Agatko, a ja odbieram twojego posta jak prosba o pomoc, dwoje kochających sie ludzi, gdzie pogubiło sie , zapomnialo jak wyglada szczera dobra rozmowa. Aga, zapros meza na wspaniala kolacje przy swiecach i spytaj jego (oczywiscie siebie wczesniej) czy pragniecie p r a c o w a ć cięzko, pracować nad odbudową jedno chce - to cięzka sprawa, nie wiem co ci radzić, ale jeśli oboje to bierzcie się do zasady rozmowy : szczerość nawet do ostrego bólu, wspólny cel jaki chcecie osiągnąć i co odbudujecie może być dużo piękniejsze i mocniejsze od tego co było, oboje w trakcie związku zmieniliście się i teraz macie szanse na pełne poznanie siebie . PRZECIEŻ TAK WIELE WAS ŁĄCZY. "Człowiek, który ma serce, niczego nie może stracić, gdziekolwiek by się znalazł" Strony 1 Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź Może Wy, kobiety, mi pomożecie…. przepraszam, że się rozczulam. W drugim dniu polfinalow Euro 2008 jeszcze przed samym meczem, zjedlismy z zona wspolnie obiad, potem polozylismy sie, wlaczylem film na dvd i oboje zasnelismy w objeciach, jak takie niedzwiadki 😉 Na godzine przed meczem zadzwonil do mnie nasz wspolny znajomy, proponujac kolacje w kanjpce nieopodal naszego miasta przy telebimie (wiadomo, fajny klimat itd). Zona powiedziala, ze zle sie czuje, zebym sam jechal (nie miala zupelnie nic przeciwko). Pojechalem, zjadlem kolacyjke, w przerwie meczu postanowilismy z kumplem opuscic lokal i wrocilem do domu. Aha, w trakcie kolacji wypilem jedno piwo. Dlaczego o tym pisze? Bo jak wrocilem do domu, to juz u progu, chcac usciskac zone na przywitanie (sprzatala akurat), zostalem delikatnie mowiac olany, byla jakas taka wzburzona, nie wiadomo z jakiego powodu. Ok, nie chcialem sie narzucac, zapytalem „cos sie stalo?” , a ona „nic” i dalej sprzatala. W salonie byl wlaczony telewizor, lecial jakis film na TVP1, wiec przelaczylem kanal na mecz, zeby dokonczyc ogladanie (zona zreszta tez zawsze lubila ogladac mecze, nawet bardziej niz ja). Nagle zona krzyczy z kuchni „zostaw, przelacz na film, ogladam” , a ja do niej „jak to ogladasz, sprzatasz, poza tym jest polfinal, dlaczego nie moge przelaczyc” – „bo ogladam” (dala do zrozumienia, ze fakt nie bycia jej w pokoju nie zmienia tego, ze i tak oglada, bo slyszy co tam sie dzieje, a jak skonczy sprzatac, to wroci do czynnego ogladania). Wkurzylem sie nie ukrywam, ale zadnych przeklenstw, zadnego unoszenia sie, powiedzialem tylko cos w rodzaju „OK, w porzadku!” i poszedlem do pokoju, w ktorym mamy komputer, aby sobie pobuszowac w sieci. Po jakichs 35 minutach zona wchodzi do pokoju i mowi do mnie „juz mozesz ogladac mecz” (na 10 minut przed jego koncem!) – sie wkurwilem i powiedzialem tym razem z taka bojowa mina (ale bez krzyku!) ” S P A D A J ” i wrocilem wzrokiem do ekranu monitora, totalnie ja olewajac. Zamknela drzwi od pokoju. Okolo polnocy wrocilem do sypialni, zona juz spala. Nie mialem nawet zamiaru ja objac (a zawsze to robie, ona rowniez), bo nadal bylem na nia wkurzony. Rano standard, sniadanko, nie odwzywamy sie do siebie, ona do pracy, ja do pracy. Po powrocie z pracy zastalem zone w sypialni, odpoczywajaca (drzemala). Polozylem sie obok niej, objalem ja.. obudzila sie (albo udawala, ze spi hehe) i „zostaw mnie” – OBRAZONA. Nie dalem za wygrana i ja znowu objalem, tym razem juz nie odrzucila mnie, ale byla obojetna, lezelismy tak chwile… po kilku minutach oznajmila mi, ze za dwa dni nie jedzie ze mna nad morze tak jak ustalilismy z moimi rodzicami (mielismy jechac wspolnie) jakis miesiac wczesniej! Mowie sobie: „focha stroi”, czeka az ja przeprosze? Nigdy mnie nie przepraszala odkad jestesmy malzenstwem, nigdy. Ja juz kilka razy, o blachostki glownie. Wieczorem zadzwonil moj ojciec z pytaniem, o ktorej za te dwa dni chcemy jechac z nimi… no i ja powiedzialem przy zonie „Ola nie chce jechac, wiec raczej nie pojedziemy z Wami”. Przyznaje, ze powiedzialem to liczac, ze zmieni zdanie jeszcze do dnia wyjazdu, ale juz nie zmienila, nie zaprzeczyla tez, jak przekazywalem te informacje ojcu, jak i nastepnego dnia, gdy moja matka odwiedzila nas na chwile i zapytala „Ola, czemu nie chcesz jechac?” – do matki jakos tak tez dziwnie odpowiedziala (jakby na nia tez byla obrazona). Nadmienie, ze zaczynal sie w dniu wyjazdu nad morze moj dwutygodniowy urlop. Zona wziela tydzien i wlasnie tego pierwszego tygodnia mielismy zaplanowany ten pierwszy wyjazd, potem jeszcze drugi do Kalisza do znajomych. Ok, w piatek rodzice pojechali nad morze, ja zostalem sam w domu (fajnie rozpoczalem urlop, nie ?), a zona pojechala sobie do swojej mamy (do mojej tesciowej). Dwa dni pozniej (niedziela) dowiedzialem sie, ze zona chce jechac po swojego chrzesniaka, bo mu to kiedys obiecala, ze jak bedzie miec wakacje, to zaprosi go na kilka dni. Niedawno przerabialismy ten temat na spokojnie, gdy pytala sie mnie o to. Odpowiedzialem, ze jak najbardziej, nawet zazartowalem ze w koncu bede mial z kim pograc na Playstation.. ale prosilem, aby te jego wizyte odlozyc troche w czasie, tak na sierpien, bo obecnie mamy urlop, potem mam troche wiecej pracy zawodowej, a sierpien wydaje sie byc w sam raz. No i zona pojechala od matki po chrzesniaka, a w drodze powrotnej zadzwonila do mnie z pytaniem, czy moze wjechac do mnie z chrzesniakiem, zebym go poznal (nigdy nie mialem jeszcze okazji sie z nim zaznajomic hehe, bo z zona po slubie jestesmy 2 lata, a znamy sie 3). Domyslilem sie, ze: liczy na to, ze sie zgodze (nagle przeszla jej zlosc z dnia poprzedniego) i zostana juz tutaj u nas, albo pojedzie dalej do mamy z chrzesniakiem, bo przeciez nie ustalalismy, ze akurat TERAZ ma do nas przyjechac, w nasz urlop! Aha, bardzo wazne: TO BYL DZIEN MOICH URODZIN, dlatego zadzwonila, bo chciala tez przy okazji chociaz na chwile „odbebnic” wizyte z okazji urodzin.. przywiozla prezent, ale zyczen nie zlozyla. Przyjechali wiec, pobyli z dwie godziny z tesciowa, pogadalismy sobie, zrobilem im obiad i niby ok (chociaz nie ukrywam, ze nie bylem nastawiony do zony jakos przyjaznie, po prostu udawalem przy chrzesniaku i tesciowej, ze jest wszystko ok). Zona nawet zazartowala, ze „tak sobie milo rozmawiacie [ja z jej chrzesniakiem] ze moglbys go zaprosic na dluzej, a nie tylko 2h”… usmiechnalem sie, bo wiedzialem do czego pije. Pojechali do tesciowej a ja znowu sam. Jeszcze na odchodne, zona powiedziala mi, ze nie wie dokladnie o ktorej dzisiaj wroci, a ja na to ze moze bysmy sie wybrali na spacer, moze cos zjesc na kolacje nad jezioro, no ale zalezy to od tego, o ktorej ona bedzie. Nie miala nic przeciwko (liczylem, ze dzisiejszego wieczora pogadamy, wyjasnimy sobie to i owo i bedzie ok). Wieczorem otrzymuje telefon od zony: „sluchaj, wiesz co jestem zmeczona, juz dzisiaj nie dam rady przyjechac i odwiezc chrzesniaka, wiec bede jutro, albo moze za dwa dni, bo jutro sobie jeszcze gdzies pojedziemy”. Nie ukrywam, ze sie wkurzylem i powiedzialem stanowczym glosem „wiesz co, to lepiej juz w ogole nie przyjezdzaj, ok?!!!” i sie rozlaczylem. Nastepnego dnia wieczorem (moj czwarty dzien urlopu spedzony w samotnosci) probowalem sie do niej dodzwonic, ale nie sms-a po 30 minutach okolo „czemu nie odbierasz?” a ona w mig odpisala (wiec miala zasieg itd) „bo nie chce z Toba gadac”. Przez kolejne dni urlopu mijalismy sie, ja sobie jezdzilem sam rowerem, nad wode, do lasu, on zrezygnowala z urlopu do konca i w srode poszla do pracy. Zblizal sie powoli kolejny termin wyjazdu, ktory planowalismy juz z 3 miesiace wczesniej, tym razem do Kalisza do znajomych. Na dwa dni przed tym terminem, probowalem jakos zaczac rozmowe, nie od przeprosin (bo nadal nie czulem sie niczemu winny, zeby ona miala powod do odstawiania.. takich cyrkow, jakbym nie wiem: pobil ja, zwyzywal, upil sie i zrobil awanture etc.)… zapytalem sie „i jak z wyjazdem do Kalisza, bedziesz chciala ze mna jechac ? „ Mialem cicha nadzieje, ze tak, ze pojedziemy, bo czesto na takich wyjazdach, juz w drodze, jesli obu stronom zalezy, to mozna sie pogodzic bardzo szybko. Powiedizala ze nie i ze nie da mi tez samochodu, bo jest on w zlym stanie i samego mnie nie puscic. Poza tym ze samochod nie jest jej tak naprawde, tylko jej rodzicow (dali jej, czy „pozyczyli”, jak to by tam nie nazwac, ale ona caly czas nim jezdzila i jezdzi). Nadmienie tylko, ze zdarzaly sie juz przypadki, ze sama mnie bez problemu puszczala nawet 100-200 km , chociaz samochod byl w takim samym stanie, jak teraz. Wkurzylem sie, nie bede ukrywac, ale nie robilem zadnych awantur, poszedlem do siebie do pokoju. Zadzwonilem do znajomych, przeprosilem ich ze nie wypali, nie chcialem sie tlumaczyc, ale nagle nie wytrzymalem, bo to moi dobrzy znajomi, wiedzialem ze sie przygotowuja do ugoszczenia nas itd.. no i powiedzieli, ze rozumieja i ze bedzie okazja moze kiedy indziej (pewnie dopiero za rok, jak wezme kolejny urlop i zgram to z urlopem zony 🙁 ) W tym momencie juz kompletnie nie rozumialem,jak ona moze sie tak zachowywac, zeby z powodu okazania mojego wkurzenia i slow „spadaj” wystosowanych w jej kierunku, robic takie akcje z „nie jade z Toba”, jesli to byl wyjazd wspolnie zaplanowany, nie jakis tam spontaniczny wypad do wesolego miasteczka. Teraz najlepsze: wieczorem, ktory mial poprzedzac wyjazd do Kalisza, zona sie spakowala i pojechala do swojej siostry i jej „przyszlego” szwagra (nie lubimy sie za bardzo, ale o tym na koncu). Pojechala oczywiscie na noc a potem pojechali wspolnie razem do swoich rodzicow, czyli do mojej tesciowej na weekend. Kolejne 3 dni bylem sam. Nie odzywamy sie do siebie, nikt nikomu nie wchodzi w parade, oprocz tych jej dziwnych akcji, jakby chciala mnie psychicznie wykonczyc. Dlaczego psychicznie? Dodam , ze ona wie, ze nie lubimy sie z jej siostra i jej chlopakiem, tymbardziej chce mnie dobic, ze im poswieca czas, razem sie bawia, a ja jestem zupelnie niepotrzebny. Przepraszam, ze tak sie rozpisalem, ale pisze to tez dla siebie, aby moc moze kiedys to odtworzyc, bo pamiec bywa zawodna, a dzisiaj mam zamiar wieczorem sobie troche winka popic, moze latwiej to wszystko strawie i jakos sobie sam usprawiedliwie (nigdy nie pilem, ale dzisiaj sie upije). Na koniec juz: przed slubem jakos sie dogadywalem z jej siostra i szwagrem, chociaz czulem, ze nie bedziemy za soba przepadac, bo jak bylem w ich towarzystwie, zawsze czulem sie jakis taki na uboczu. Moj humor do nich nie trafial (zona tylko czasem sie usmiechala), zmieniali temat po moich jakichs wywodac, nigdy nie pytali co u mnie, nasz dialog byl tylko wowczas, gdy ja zagadywalem. Po kilku takich wspolnych rozmowach nie ukrywam, ze juz odechcialo mi sie do nich jezdzic i ich widziec u siebie w domu. Zonie to kiedys powiedzialem, ona niby mi przytaknela, mowiac „ze oboje macie wine”, czyli: ze ja jestem winny , ale oni rowniez (fajnie, ze to podkreslila). No wiec potem mialem jej za zle, ze nie jest wobec mnie lojalna, bo jak slyszala, ze niechetnie do nich jezdze, to potem pytala tylko „czy chce z nia jechac” , mowilem „nie, dzieki” i sama jechala, czesto z nimi imprezujac. Wiec juz przez jej rodzine tez bylem odbierany jako czlowiek, ktory sie nie potrafi dostosowac. A ja mam charakter jaki mam. Zreszta zonie tez przypominalem, ze nie lubi chodzic do mojego wujostwa, kuzynostwa, chociaz oni wrecz zarzucaja ja pytaniami, ktos z zewnatrz stwierdzilby, ze naprawde jest super atmosfera. Ale ona zawsze w drodze powrotnej mowila „ze przeraza ja styl ich mieszkania, ze za duzo kasy maja a nie potrafia sobie urzadzic mieszkania”. Obawiam sie, ze teraz sobie pomyslicie, ze mam zone jakas dziwaczke. Nie! Nadal twierdze, ze jest (byla?) bardzo ciepla, wrazliwa, lubiana przez praktycznie kazdego, kogo napotka. Aha, a ta jej siostra to mnie kilka razy potrafila wkurzyc (chociaz nie dawalem tego poznac po sobie) bo przy mnie potrafila gadac o bylych mojej zony, w tym o ostatnim jej chlopaku, z ktorym byla 5 lat i byli zareczeni i czesto gadala, ze „za takim kolesiem ona teskni” – doskonale wyczuwalem te aluzje, podteksty. Zona pochodzi z prostej rodziny, obronila sie, bo napisalem jej prace mgr (taka prawda, ale nie wypominam jej tego – tzn raz wypomnialem podczas klotni). Pomimo tego z jej rodzicami staram sie dogadywac, z jej ojcem naprawde nie mamy problemow pogadac nawet o byle czym. Ja z kolei mam mgr inz po ciezkich studiach dziennych, hobbystycznie maluje (w te dni, kiedy bylem sam, wlasnie skonczylem jednen szkic dla znajomej), czasem sie zastanawialem, czy to moze przez to jest tak, ze ona sie czuje zajebiscie w toarzystwie swojej siostry i przyszlego szwagra (czesto mowi o nim „niezle ciacho” – fakt, zazdrosny jestem o to i wie o tym hehe), zalezy jej zeby byli razem, moze dlatego wlasnie mniej interesuje ja, jak jest u nas, najwazniejsze zeby jej przyszly szwagier czul, ze jest w jednej paczce z nia i jej siostra a ten „mezus” to taki dziwak i „wybaczcie mi za to, moze popelnilam blad, ze po roku znajomosci sie pobralismy?”….. Co byscie zrobili na moim miejscu? Nadal nie dawac za wygrana, probowac rozmawiac chociaz pewnie skonczy sie na tym, ze ja bede musial przyznac sie do tego, ze to wszystko przeze mnie i ze ona ewentualnie jest mi w stanie wybaczyc. Aha, za 3 miesiace mamy zaplanowany wyjazd do cieplych krajow. Juz mam w glowie mysli, zeby jej powiedziec ze nie jedziemy… niech da pol zaliczki… Co robic? Moja sytuacja jest beznadziejna!!! Jesteśmy ze sobą 20 lat (13 po ślubie). Zawsze byłam wierna i wyrozumiała. Akceptowałam jego hobby: sporty zimowe i letnie, motor. Czasami gdy przyszedł po imprezie z kolegami, dostawał smsy od kobiet. Nie zdarzało się to często. Zapewniał mnie, że nie interesują go inne kobiety. Wszystkim mówił jak mnie kocha, że jestem najważniejsza. Choć robił co chciał. 1,5 roku temu odkryłam jego list miłosny do innej kobiety, gdzie pisał, że ją kocha. Zrobiłam afere, płakałam, chciałam się rozstać, ale nadal go kochałam i nie potrafiłam odejść. On mówił, że ten list to głupota i nic do niej nie czuje. Minął rok. Znalazłam smsy od niej o treści: mój misiu, kochanie... Znów się wypierał, że to nic poważnego, że to niby ktoś go zaczepia. 3 m-ce póżniej znalazłam jej nagie zdjęcia w jego komputerze. Przyznał się, że mnie zdradził, ale mówiąc, że ja jestem temu winna, bo nie miałam czasu, jeździłam do mamy, skupiłam się na dzieciach, nic nie dzieje się bez przyczyny itd... Całą swoją wine zrzucił na mnie. A tymczasem całe życie mnie zaniedbywał. Wymyślał na siłe hobby, wyjazdy, upijał się do nieprzytomności. Zawsze najważniejszy był ON i jego sprawy. Od odkrycia prawdy minęły 2 m-ce. Śpimy osobno, rozmawiamy służbowo. Ostatnio zaproponowałam reanimacje związku, albo rozwód. On woli taki stan jak teraz. Dodatkowo dowiedziałam się od jego kochanki, że mnie przed nią obgadywał, nawet nazwał mnie brudasem, czego nie moge przeżyć, bo to największe kłamstwo. Nie wiem czy z nią nadal jest. Mam tego dosyć. Jestem chora i nie mogę żyć w stresie, a on mnie denerwuje, ignoruje. Powiedział, że nie już do mnie takiego uczucia jakie było kiedyś, choć dał mi walentynkę. Chce by się zmienił, ale on nie chce. Ja nie moge tak dalej obok żyć. Myśle o rozstaniu. Co robić??? Nie daj się ugotować! Żaba wrzucona do wrzątku wyskoczy natychmiast. Ale żaba włożona do zimnej wody i podgrzewana nie zauważy, że się ugotowała. Mimo że metafora ta nie znalazła empirycznego potwierdzenia, może pomóc nam w zrozumieniu, czym jest kryzys i jak z sytuacji kryzysowej można skorzystać. W kontekście metafory kryzys byłby momentem wrzucenia do gorącej wody, z której albo uda się szybko wyskoczyć, albo zostaniemy ugotowani. Doszło już chyba do tego, że wszelkiego rodzaju trudności traktowane są jako kryzys. Stąd pisanie o kryzysie staje się pisaniem o wszystkim. Takie podejście nie jest zgodne z pierwotnym rozumieniem tego pojęcia i - co gorsze - pozbawia nas możliwości rozumienia pewnych szczególnych i ważnych życiowych sytuacji; sytuacji, w których musi dojść do szybkiej i radykalnej zmiany. Hipokrates mówił o kryzysie w kontekście choroby. Jako lekarz za kryzys (krisis, z jęz. gr. sąd) uznał moment przesądzający o stanie chorego, czyli moment maksymalnego nasilenia objawów choroby, po którym dochodzi do radykalnej zmiany stanu organizmu: chory wyzdrowieje i będzie żył albo umrze. Podobnie kryzys rozumiany jest na gruncie psychologii. Lindemann i Caplan określili kryzys psychiczny jako reakcję człowieka zdrowego na sytuację trudną, w której dotychczas stosowane sposoby radzenia sobie stały się niewystarczające. Skutkiem kryzysu musi więc być radykalnie nowy - konstruktywny lub destruktywny - sposób funkcjonowania. Trzeba pamiętać, że kryzys psychiczny nie jest chorobą. Jest jedną z reakcji człowieka zdrowego na spotykające go trudności. Po kryzysie coś się zmienia, coś zostaje przesądzone. Efektem reakcji na kryzys musi być zmiana dotychczasowego funkcjonowania, ponieważ - i jest to w rozumieniu kryzysu bardzo ważne - dłużej już, tak jak dotychczas, żyć się nie da. Kryzys, jak pisał Allport, jest sytuacją emocjonalnego i umysłowego stresu, wymagającą zmiany perspektywy w ciągu krótkiego czasu. Kryzys nie jest zatem sytuacją stresu jakąkolwiek, lecz taką, która wymaga zmiany, i to zmiany w ciągu krótkiego czasu. Nie może trwać długo, ponieważ w czasie kryzysu człowiek przestaje sobie radzić i albo szybko wypracuje nowe sposoby konstruktywnego radzenia sobie z rzeczywistością, albo ponosi dotkliwe konsekwencje nieradzenia sobie. Czym więc jest tzw. trwający wiele lat kryzys małżeński? W wyżej przedstawionym rozumieniu to już nie kryzys, ponieważ szansa na szybką i radykalną zmianę nigdy się nie pojawiła lub została zaprzepaszczona. Cóż zatem? To oczywiście zależy od sytuacji, ale zazwyczaj jest to stan względnie trwałego zaburzenia relacji małżeńskiej; stan, w którym jest coraz więcej bólu i jednocześnie coraz mniej nadziei. To stan, który wymaga innego podejścia niż kryzys. Odwołując się do przytoczonej na początku artykułu metafory, należałoby stwierdzić, że tzw. przewlekły, chroniczny, długotrwały kryzys małżeński jest gotowaniem żaby, czyli powolnym jej zabijaniem. W tej sytuacji jest ona zupełnie bezbronna, ponieważ stopniowo przyzwyczaja się do niszczących ją warunków i nie widzi zagrożenia. To, co powszechnie nazywamy przewlekłym kryzysem, może w rzeczywistości okazać się stanem utrwalonej patologii. Zbyt dosadnie? Rzeczywiście, może lepiej mówić o długotrwałych trudnościach, trudnym życiu bądź pocieszać się stwierdzeniem, że człowiek do wszystkiego się przyzwyczai. Można też oddać się pracy, poświęcić dla dzieci albo rozpuścić odczucia w alkoholu. Ale może jednak warto nazwać rzeczy po imieniu po to, żeby sprowokować kryzys, czyli wyrwać żabę ze stanu groźnego uśpienia, obudzić ją i motywować do walki. Niekiedy zdrowsza jest sytuacja, w której musi coś się zmienić, niż rezygnacja połączona z usilnym przyzwyczajaniem się pod pretekstem, że nic nie da się zrobić. Kryzys jest swego rodzaju wstrząsem, motywującym do zmiany przebudzeniem, rodzącym przerażenie i bunt wyzwaniem. Jak wygląda to w życiu? Oto kilka przykładów, z których każdy można by zacząć od słów: "wszystko było dobrze, aż tu nagle…"; "uderzyłem po raz pierwszy żonę…"; "…zdradziłam męża - totalny szok!"; "od kilku miesięcy codziennie piję…"; "wykrzyczałam córce, że ją nienawidzę…"; "…zauważyliśmy, że już od wielu miesięcy nie rozmawiamy ze sobą, nie sypiamy razem". Być może niektórzy odruchowo próbują robić wszystko, żeby było tak, jak dawniej. Próbują wziąć się w garść i żyć bardziej uważnie, postanawiając, że już nigdy więcej. Próbują przebaczać, sądząc mylnie, że aby to zrobić, trzeba zapomnieć i żyć dalej, mimo wszystko. Wszystkie te strategie pozwalają zażegnać kryzys, zmieniając go, niestety, w stan… No właśnie, czego? Przedłużających się trudności, ciężkiego życia, a może zaburzenia i patologii. Stłumiony wybuch złości zaowocuje kolejnym wybuchem, pozornie zapomniana krzywda będzie obrastać murem żalu i skrywanej nienawiści, wyciszony lekami lęk powróci. Warto powiedzieć sobie, że po pierwszym akcie przemocy, po pierwszej zdradzie, po pierwszym bólu wywołanym samotnością we dwoje nigdy nie będzie tak, jak było wcześniej. Życie zmieni się dość poważnie. Być może małżonkowie zaczną się od siebie konsekwentnie oddalać, zamykać się w sobie, zakładać maski, zawierać każdego dnia na nowo pakt o nieagresji. Może być też tak, że ich toksyczny związek wzmocni i utrwali rodząca się powoli i niszcząca obie strony patologia. Mogą jednak skorzystać z szansy, jaką daje im kryzys. Może wypracują nowe bardziej konstruktywne sposoby radzenia sobie z agresją; staną się bardziej zdolni przebaczać; zaczną być bliżej siebie, kochając się bardziej dojrzale, czule i głębiej. Może - co też warto brać pod uwagę - zerwą swój niszczący, toksyczny, niedający nadziei na wspólne dobre życie związek. Na koniec chciałbym przypomnieć żabę - nie tę z biologicznych eksperymentów, którą ugotować trudno, ale tę z przytoczonej na wstępie metafory. Owszem, wyskakując z gorącej wody, można połamać sobie nogi, ale można też wskoczyć na wyższy poziom i jeszcze bardziej poczuć, że się żyje. Ważne, aby nie dać się ugotować. *** *ks. dr Wiesław Błaszczak SAC - doktor psychologii; duszpasterz, rekolekcjonista. Zajmuje się poradnictwem duchowym i psychologicznym oraz psychoterapią. Od 2003 r. prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną w Ośrodku Terapeutyczno-Szkoleniowym OTS w Lublinie ( Artykuł ukazał się w Zbliżeniach nr 5 pt. "Kryzys". Zbliżenia to psychologiczne czasopismo dla małżeństw uwzględniające wartości chrześcijańskie.

kryzys w małżeństwie forum